Tajlandia

Wstęp do Azji | Bangkok i jego chaos

Jest i Azja. Miesiące oczekiwania, oszczędzania pieniędzy i w końcu po kilkunastu godzinach wyczekiwanej podróży lądujemy w Bangkoku. Jestem tak podekscytowana, że nawet nie wiem od czego zacząć. No najlepiej od początku… A na początku był chaos.

To nie będzie typowy wpis – przewodnik po Bangkoku. To będzie Bangkok, Azja i Tajlandczycy moimi oczami – dla mnie pierwsze w życiu zetknięcie z inną kulturą i innym kontynentem. Nie napiszę, gdzie koniecznie musicie pójść, co trzeba koniecznie zobaczyć będąc w stolicy Tajlandii, bo to można przeczytać wszędzie. Nie będę więc tego powielać i nie powiem nic odkrywczego, kiedy stwierdzę, że najfajniej byłoby odkryć każdy zakątek miasta. Ale kto by miał na to czas, kiedy na odkrycie jak największej ilości nieznanego lądu ma się tylko dwa tygodnie?

Nasze odkrywanie miasta trwa łącznie jakieś pięć dni – na samym początku i na końcu podróży. Ja i grupa znajomych nie mamy żadnej mapy, ani konkretnego celu. Chodzimy więc, gdzie nas poniosą nogi, albo tuk tuk i tam, gdzie można w ogóle wejść (ze względu na pogrzeb króla, który w tym czasie odbywał się w mieście, ale o tym później).

Dlaczego na początku wspomniałam o chaosie? Bo wjeżdżając do miasta i wysiadając z klimatyzowanej taksówki ma się wrażenie, jakby wchodziło się do pogo na koncercie. Dosłownie ! Dużo ludzi, samochodów jeszcze więcej, korki, ruch i bardzo wysoka temperatura. Bardzo. A w wielkim mieście taką odczuwa się jeszcze bardziej. A wisienką na chaotycznym torcie są tubylcy, którzy Cię zaczepiają i oferują pomoc w odnalezieniu drogi, środka transportu etc. Niby miłe, ale czy to nie za wiele, gdy jest się tak zaaferowanym tym wszystkim i nie można nawet złapać oddechu? ;)

Tak więc pierwszą obserwacją jest wszechobecny chaos. Druga kwestia niepodlegająca dyskusji to to, że w Bangkoku jest duszno i… śmierdzi. Tak po prostu. Zapach spalin, śmieci i ulicznego jedzenia miesza się ze sobą w dziwny sposób, tworząc jakieś nieznane dotąd kompozycje zapachowe. Ale spokojnie, nie wszędzie ;) Da się przeżyć !

Żeby nie było, że zaczynam od samych niepochlebnych słów, to na swoje usprawiedliwienie dodam, że to wcale nie jest hejt. To tylko obserwacje i stwierdzenie faktów :)

Trzecia kwestia – Tajowie uwielbiają swojego nieżyjącego już króla, którego pogrzeb odbył się pod koniec października w Bangkoku. Widzieliśmy przygotowania do tego pogrzebu, całe miasto było pochłonięte zbliżającym się wielkim wydarzeniem, przez to zamknięte były niektóre ważne zabytki. Wizerunek króla obecny był w całym mieście w różnych formach – ołtarzyki, murale, popiersia, zdjęcia i wszelakie podziękowania, dedykacje pisane w dwóch językach (tajskim i angielskim). Wiele osób, z którymi udało nam się porozmawiać, podkreślało jak wielka to jest strata dla całego narodu, prosiło też o stosowny respekt. Jeśli idziesz ulicą i w najmniej oczekiwanym miejscu widzisz ołtarzyk królewski, to wiedz, że jesteś w Tajlandii.

Żałobny ołtarz z ofiarami w postaci jedzenia, pieniędzy etc. przymocowany do barierki na moście.

Będąc w temacie Tajów nie można wspomnieć o tym, że to królowie marketingu i… wciskania kitu ;) Niestety muszę dodać, że turystów z Europy, czy Ameryki traktują jak chodzące bankomaty. Bardzo często zdarza się, że ceny dla turystów są wyższe (na szczęście nie w restauracjach), na przykład bilety wstępu. Tajowie w celu osiągnięcia korzyści dla siebie potrafią z rozbrajającym uśmiechem na twarzy wkręcać turystę, a turysta oczywiście da się nabrać. Oczywiście są to drobne kłamstewka, bądź minięcie się z prawdą, ale na szczęście niekrzywdzące. U nas takie sytuacje przybierały formy żartów ;) Niejedną taką mieliśmy, ale wspomnę o tym przy okazji kolejnych wpisów z Tajlandii. Jednak nie można odmówić Tajom tego, że są kontaktowi, sympatyczni i z reguły dobrze mówią po angielsku. W tym kraju nie zginiesz.

A jaki jest najlepszy tajski środek transportu? Społeczność tajska i turystyczna jednogłośnie odpowiada, że TUK TUK !

Kierowcy tuk tuków czają się na każdym kroku. Za każdym rogiem. To, że na swojej drodze spotkasz szalonego kierowcę tuk tuka jest pewne jak fakt, że dwa plus dwa to cztery. Kierowca pustego aktualnie tuk tuka jest zdolny do tego, żeby jadąc z maksymalną prędkością i widząc grupkę turystów poszukujących transportu zawrócić na środku czteropasmówki. Można? Można. Widzieliśmy, sprawdziliśmy ! Środek transportu idealny dla pięciu osób – trzy na „kanapie”, dwie na podłodze. I jedzieeeemy ! Fajne jest też to, że z tymi szalonymi kierowcami można się targować. Właściwie to gotowi są wziąć od turysty jakiekolwiek pieniądze, byle tylko ktoś zapłacił.

Alternatywą dla tuk tuka jest transport wodny.

Dobrym pomysłem na zwiedzanie świątyń jest wynajęcie tuk tuka i kierowcy na kilka godzin. Kierowca za grosze zawiezie grupkę turystów w każdą wartą uwagi świątynię. My z takiej oferty skorzystaliśmy i byliśmy bardzo zadowoleni, bo to zwiedzanie nie tylko świątyń, czyli właściwie najładniejszych obiektów w całym tym chaotycznym mieście, ale też różnych zakątków samego miasta. Oferty same wpadają w ręce – tuk tukowcy są wszędzie i tylko na Ciebie czekają !

Do świątyń wchodzimy boso.

Wat Benchamabophit Dusitvanaram, albo po prostu ładna, buddyjska świątynia.

Czwarta kwestia – mnisi. Nie wiem gdzie słyszałam plotkę o tym, że kobiety nie mogą patrzeć na mnichów. Kobiety mogą na nich patrzeć, robić im zdjęcia, nawet kiedy… siedzą na telefonie lub palą papieroska. Taaak, też byłam zaskoczona. W tajskim transporcie publicznym trzeba ustąpić im miejsca, tak samo jak kobiecie w ciąży, czy starszej babci. Są na to odpowiednie piktogramy ;)

Mnich w Wat Pho, dla mnie najładniejszej świątyni w Bangkoku, ze słynnym Odpoczywającym Buddą:

Cały kompleks jest moim zdaniem najładniejszym w całym Bangkoku. Ta świątynia zrobiła na mnie  największe wrażenie. Podczas zwiedzania złapał nas chyba jedyny deszcz, jaki padał podczas całego pobytu.

Obecny na zdjęciu kotek chętnie pozował wszystkim zwiedzającym do zdjęć. Dumnie prezentował oba profile.

Bangkok to nie tylko świątynie. To też parki. Słynny Lumpini Park nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, nawet nie zrobiłam tam żadnych zdjęć. W sumie też dlatego, że to był ostatni dzień pobytu w Azji, a ja czułam przeogromne zmęczenie i wolałam wylegiwać się na trawie i patrzeć w niebo, niż robić zdjęcia. Już się przez te dwa tygodnie narobiłam ! ;) Za to spodobał mi się inny park, niestety nie pamiętam jego nazwy. I pierwszy raz zobaczyłam banany na drzewie !

Może i brzmi śmiesznie, że takie rzeczy mnie cieszą, ale tak jest, co ja poradzę, ah. Chodziłam sobie, patrzyłam na te banany i wysokie drzewa, a tu nagle na trawie pojawia się taki oto sympatyczny osobnik:

Czy ktoś wie co to za bestia? Całkiem spora była.

Niestety na widok gapiącej się mnie i mojego aparatu uciekł za krzaczek. Czy ja wyglądam aż tak strasznie? Albo nie lubi pozować do zdjęć.

To zupełnie tak jak ja.

Chciałabym jeszcze wspomnieć o jedzeniu. Mam jakiś dziwny stosunek do tamtejszej kuchni, bo albo była tak pikantna, że wypalało mi usta, albo była zupełnie bez wyrazu. Naprawdę dobrych dań jadłam tam niewiele. Niektóre wersje pad thai były dobre, ryż z warzywami okej, mięsa jadłam niewiele. Najbardziej smakowały mi spring rollsy i lody kokosowe. Uwielbiam kokosa (oprócz wody kokosowej, która jest dla mnie strasznie dziwna w smaku, zjadam kokosa w każdej postaci) i wszystkie wyroby pochodne. Zaczynając od raffaello, draży korsarzy, kończąc na genialnych lodach kokosowych. Pierwsze, które jadłam były podane bezpośrednio w orzechu (droższa wersja, którą wcisnął mi oczywiście tajski król marketingu, czyli każdy handlujący Taj w tej konkretnie osobie), z posypką z orzeszków arachidowych i polewą czekoladową. Na samo ich wspomnienie kręci mi się łezka w oku.

Szkoda tylko, że te lody nie były wszędzie dostępne. W sumie straganów z lodami było jak na lekarstwo. PYCHA !

A gdzie w Bangkoku jakieś życie nocne, alkohole i inne trunki? Okolice słynnej Khao San Road – mekki tajskiego handlu pamiątkami, ciuchami, raybanami, pocztówkami i innymi. A zimny Chang, czyli tajskie piwo to lekarstwo na turystyczne zmęczenie. Piwo samo w sobie jest bardzo łagodne w smaku, nic szczególnego, ale to Chang. Więc siada. Alternatywą dla Changa jest LEO, również wyrób tajski.

Ogólnie to bardzo bałam się tej kuchni. Warunki sanitarne są zupełnie inne, niż w Europie, inaczej przechowuje się jedzenie, woda jest okropna i tej nie butelkowanej w ogóle się nie tyka. Ale żyję, nie bolał mnie ani raz brzuch, nie miałam żadnych rewolucji, a wszystkie lekarstwa na wiadomo co wróciły ze mną do Polski nietknięte. Drinki z lodem spożywałam i nic mi nie było. Zaliczyliśmy też rooftop bar i happy hours, ale niestety nie posiadam swoich zdjęć stamtąd. Drink na 48 piętrze z widokiem na nocny Bangkok smakował wyśmienicie ;)

Ale jest jedna rzecz, której boję się do dzisiaj, jest ona bezpośrednio związana z kuchnią, ta daaaaam:

Oto ściana w jednej z restauracji na końcu Khao San Road. Niestety nie mam pojęcia co miała na myśli osoba projektująca wystrój tego miejsca, bo chyba nie chciała, żeby jej lokal kojarzył się z horrorem? Z jedzeniem może kojarzyć się wszystko, ale na pewno nie TO. Trzecim obrazkiem była para bliźniaków bez trwarzy w długich białych koszulach, trzymających się za ręce. Proszę państwa SMACZNEGO ! I wybaczcie, bo wiem, że co zostało zobaczone to się już nie od-zobaczy. Ale spring rollsy były dobre, ha ha.

No tak, Tajowie mają dziwny gust. Widać to było wiele razy. I to ich umiłowanie do ozdóbek, najlepiej złotych. Wyobraźcie sobie niezbyt ładny pokój, cały zawalony pierdołami, a na środku piękny wazon z kwiatami. Tak trochę właśnie wyglądał dla mnie Bangkok. Chaotyczne miasto, z jednej strony nieuporządkowane, zaśmiecone, śmierdzące, a kilka przecznic dalej, fancy budynki, fancy samochody. A później znowu brudne budynki, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz, a na środku pozłacany budda, przyozdobiony świeżymi i pachnącymi kwiatami. To Bangkok, jaki widziałam.

Nie hejtuję, nie miłuję. Kilka dni w tym mieście w zupełności wystarczy, ale bardzo się cieszę, że tam byłam i mogę się na jego temat wypowiadać ;)

A gdzie w okolicy Bangkoku spędzić jeden dzień? Odpowiedź brzmi Ayutthaya, czyli dawna stolica Tajlandii. O tym jak tam dojechaliśmy, co widzieliśmy i co w tym było fajnego, będzie następnym razem. Azjatycka seria dopiero się zaczyna. Będą jeszcze tajskie wyspy a na sam koniec przynajmniej dwa wpisy z Kambodży. Wygląda na to, że blog ożyje, bo zdjęć i wrażeń jest sporo !

  • Twoja relacja połączona z uśmiechem na twarzy bijącym ze zdjęć sprawia, że poniedziałkowy poranek od razy jest weselszy. Wspaniała wyprawa i wrażenia! Porównanie tego chaosu do koncertu pogo jest boskie :D To samo odczuwałam podczas wizyty w nepalskim Katmandu. I ten zapach – tak samo!
    Tajską kuchnię uwielbiam, choć nie dane mi jeszcze było spróbować jej w rodzimym kraju, pad thai z krewetkami, zupa tom yum… Ale najbardziej zazdroszczę Ci tych lodów prosto z orzecha i widoku z 48 piętra. :) Czekam na więcej!

    • Ah te moje uśmiechnięte koleżanki :D Cieszę się, że wpis wywołał właśnie takie emocje, o to mi chodziło ;) A więcej będzie już niedługo, obiecuję !

  • O raaaajuuuu…, ale mi przywołałaś cudne wspomnienia! Uwielbiam Bangkok! A tajską kuchnię – wręcz przeuwielbiam (pierwsze zderzenie z pikantnym pad thai rzeczywiście bolało, ale potem – stopniowo – przyzwyczajałam swoje kubki smakowe i końcowo nie umiałam się obejść bez takiej ilości przypraw, jaka początkowo była dla mnie wręcz niewyobrażalna;)).
    Zabrakło mi info o owocowych szejkach, bo nie uwierzę, że nie smakowały? ;)

    • No ja niby też się przyzwyczajałam do tych ostrzejszych smaków, ale jednak na dłuższą metę to nie dla mnie (na krótką w sumie też). Owocowego shake napiłam się raz w restauracji (to było mango) i szczerze powiem, że nie powalił na kolana… za dużo lodu, był bez smaku, wyczuwalna była nawet nutka koperkowego smaku haha, jakoś tak lodówką mi smakował. Po tym koktajlu jakoś się zraziłam i nie próbowałam więcej, pewnie mam czego żałować, ale po prostu źle trafiłam hmm ;)

  • O rany, ale pozytywnie mi się zrobiło! Koniecznie muszę jechać do Tajlandii, teraz to już pewne. Bardzo ciekawy i piękny obraz wyłania się zza Twojego tekstu i cudnych zdjęć :) kuszą zwłaszcza lody kokosowe i te przyjemnie wyglądające bary ;)

  • Bangkok ma piękne świątynie, ale niestety faktycznie jest dość męczący. To chyba to połączenie spalin i duchoty. P.S. Mogłabyś zdradzić jakim aparatem robisz zdjęcia? :)

  • Jestem zakochana! Tajlandia to number jeden na liście marzeń! Mam nadzieje, ze wkrótce uda mi się tam poleciec! Piękne zdjęcia! Chętnie zajrzę do następnych wpisów. Pozdrawiam,
    Eff

    • Bardzo serdecznie zapraszam, planuję pokazać jeszcze wyspy, dawną stolicę Tajlandii i dwa niesamowite miejsca z Kambodży ;) Dziękuję !

  • Przepiękne zdjęcia, Czasem marzą mi się takie orientalne wycieczki, ale jeszcze nie na to czas… Mogę tylko z zachwytem oglądać Twoje zdjęcia :)

    • Dziękuję <3 ja właśnie też marzyłam kiedyś o jakiejś orientalnej podróży, jednak mówiłam sobie, że może kiedy indziej, że to może nie moje klimaty, bo jestem zwolenniczką europejskiego klimatu i stylu, ale gdy tylko pojawiła się okazja, od razu się zdecydowałam i wcale nie żałuję ;)

  • Z pewnością kiedyś odwiedzę Azję, ale póki co zostało mi jeszcze sporo do zobaczenia w bliższej mi Europie. Planowo jednak za rok odwiedzę ten kontynent, mam nadzieję, że wyjdzie ;)
    Nie wiem czy to mi się wydaje czy ludzie w tamtych krajach są jacyś weselsi…

    • Oj dla mnie Europa też wciąż skrywa wiele tajemnic, które chciałabym odkryć ;) Trzymam kciuki za Twoje plany !

      A co do ludzi w tamtych krajach to rzeczywiście masz rację, oni ciągle się uśmiechają, ale najbardziej zauważyłam to w Kambodży (co mogłoby wydawać się dziwne, bo nie mają tam łatwo) – mieliśmy wykupionego przewodnika na jednej wycieczce i był to chyba najbardziej zadowolony ze swojej pracy człowiek jakiego widziałam w życiu. Godne pozazdroszczenia ;)

  • Bardzo ciekawy artykuł, fantastyczne zdjęcia!

  • Kamil

    Bardzo mi się podoba taki sposób zwiedzania – gdzie nogi poniosą :) Dzięki temu możemy zobaczyć tak piękne zdjęcia. Wybieram się w przyszłym roku i już nie mogę się doczekać :)

    • Dzięki za miłe słowa i już teraz życzę udanej podróży ! ;) Zdecydowanie jest na co czekać !