Erasmus we Włoszech, Inne

Erasmus – studia na rzymskiej uczelni

Od mojego powrotu z Erasmusa w Rzymie minął już prawie rok. Nie będę pisała o plusach takiego doświadczenia, bo to raczej oczywiste, powiem od razu jak to wyglądało z mojej perspektywy – mieszkanie i studiowanie w Rzymie, życie w mieście, życie studenckie, ulubione rozrywki, ale i napotkane po drodze problemy. Na pierwszy ogień idzie moja uczelnia goszcząca i włoski system kształcenia akademickiego.

Decyzja o wyjeździe była spontaniczna, ale odkładana – pojechałam dopiero na ostatnim roku studiów magisterskich – głównie z tęsknoty za codziennym kontaktem z włoskim (skończyłam studia licencjackie z włoskiego, a magisterskie z czegoś innego, dlatego bardzo mi tego języka brakowało). A dlaczego akurat Rzym? Zawsze ciągnęło mnie do dużych miast, a Rzym podobał mi się od zawsze. Kiedyś postanowiłam sobie, że tutaj zamieszkam – jeśli nie na stałe to na pewno na jakiś czas. I za każdym razem, gdy odwiedzałam Rzym, jeszcze bardziej utwierdzałam się w swoim przekonaniu. Wybór miasta był więc dla mnie oczywisty i nawet nie brałam pod uwagę innych miejsc. Wielką radość więc sprawiła mi informacja, że uda mi się postudiować przez jeden semestr na jednej z rzymskich uczelni. Wpis ten chcę podzielić na części, tak by wszystko trzymało się kupy. Zacznę od uczelni i to jej poświęcam cały dzisiejszy wpis.

Università degli Studi di Roma Tor Vergata

Na tą właśnie uczelnię udało mi się dostać – opowiem więc o plusach i minusach studiowania na Tor Vergacie. Co do samej uczelni, niestety na dzień dzisiejszy znalazłam chyba więcej minusów, niż plusów (z punktu widzenia erasmusa). Po pierwsze – uczelnia jest położona bardzo daleko od szeroko pojętego miasta (nie mówię o centrum) – by dojechać na kampus musiałam poświęcić więcej niż godzinę w jedną stronę – trzy przesiadki to była dla mnie codzienność (autobus – metro – autobus). Mój rzymski znajomy mówi, że to posto dimenticato da Dio (miejsce zapomniane przez Boga) – i faktycznie, położenie tej uczelni na mapie Rzymu nie zachęca przyszłych studentów do podjęcia tu nauki. Oczywiście zależy też gdzie znajdziemy sobie lokum. Ja znalazłam swoje dość daleko od uczelni, więc teoretycznie nie powinnam narzekać. Postaram się więc trochę zneutralizować tą wadę – trzeba szukać mieszkania jak najbliżej uczelni (albo chociaż metra) i będzie ok ;) Dwa – uczelnia nie miała w swojej ofercie przedmiotów związanych z tłumaczeniami – czyli czegoś, co bardzo mnie interesowało. Trzy – niejasny system informowania studentów o procedurach zdawania przedmiotów, wszystkiego trzeba było się dowiadywać „na piechotę” chodząc od wykładowcy do wykładowcy – włoski system kształcenia nieco różni się od naszego, dla przeciętnego Włocha wszystko jest jasne, dla biednego erasmusa, niekoniecznie. W takiej sytuacji nieoceniona jest znajomość włoskiego – niestety nie każdy profesor mówi po angielsku, a Tor Vergata nie jest uczelnią gdzie język angielski to coś naturalnego – gdy jedziemy tam na studia, od razu powiem, że lepiej znać włoski (chyba, że wybieramy przedmioty dla anglistów, bądź innych filologii, gdy znamy inne języki). Myślę, że to są trzy główne minusy studiowania na Vergacie, ale muszę dodać jeszcze jeden – niestety komunikacja przederasmusowa z tą uczelnią nie należała do najłatwiejszych – strona internetowa była nieuzupełniona, panuje tam chaos, ciężko mi było znaleźć potrzebne informacje, trzeba było więc komunikować się przez maila, a potem na miejscu – najlepiej osobiście. Do plusów mogę zaliczyć to, że cały kampus jest dość obszerny, jest dużo miejsca, jest przejrzyście, przyznam, że przyjemnie mi się tam studiowało. Na samej uczelni udało mi się poznać czterech erasmusów – dwie Rumunki, jedną Rosjankę i Polkę. Przyznam, że nie jest to uczelnia, na której poznacie masę erasmusów – jest ich tam mało, naprawdę mało. Tak wygląda kampus wydziału Lettere e Filosofia, na którym studiowałam – to maleńka część ogromnego kampusu, rozłożonego na bardzo bardzo dużej powierzchni.

Być może nie zachęciłam nikogo do podjęcia studiów na tej uczelni, ale żeby trochę poprawić wizerunek tej placówki powiem, że byłam bardzo zadowolona z wykładowców, którzy bardzo chętnie odpowiadali na moje pytania i wątpliwości, byli bardzo pomocni jeżeli chodzi o materiały do nauki, o informacje, gdzie te materiały można znaleźć, niektórzy byli gotowi udostępnić mi swoje osobiste książki i pomoce naukowe. O całym systemie zdawania egzaminów i uczęszczania na zajęcia (które lektoraty z czym się łączą, na co trzeba chodzić, by zaliczyć „cały przedmiot”) dowiedziałam się właściwie w 99% od wykładowców na ich konsultacjach. Miałam zupełnie inny obraz tego, jak to wszystko wygląda, a jak to wygląda w rzeczywistości dowiedziałam się dopiero na miejscu.

Jeżeli chodzi o studiowanie we Włoszech powiem dwie rzeczy – Po pierwsze, STUDIOWANIE I ORGANIZACJA ROKU AKADEMICKIEGO WYGLĄDA ZUPEŁNIE INACZEJ NIŻ W POLSCE. Po drugie, WE WŁOSZECH TRZEBA SIĘ UCZYĆ. Naprawdę ;) Może brzmi to dziwnie, bo przecież wszędzie trzeba się uczyć, ale uważam, że Włosi mają trudniej – dużo więcej materiału, dużo więcej nauki, dużo bardziej wymagający wykładowcy, niż w Polsce. Takie jest moje odczucie. Na egzamin trzeba być naprawdę przygotowanym, a ilość materiału jest bardzo obszerna. Moja inna obserwacja to fakt, że WŁOSI TO INTELIGENTNI I OTWARCI LUDZIE. U nich wykład lub zajęcia to spotkanie INTERAKTYWNE. Oni nie boją się pytać wykładowcy – oni mają pytania, nie boją się ich zadać ani nie boja się brać udziału w dyskusji. U nich panuje zasada – wiem to się zgłaszam. Nie wiem – zapytam. Byłam zaskoczona, bo w Polsce na ogół ludzie wstydzą się mówić, pytać i dyskutować. Ot taka różnica kulturowa. Tutaj stereotyp leniwego i olewającego wszystko Włocha się nie potwierdza – oczywiście jak wszędzie są wyjątki od reguły, ale dla mnie ich otwartość względem prowadzących i brak tremy była dość zauważalna i tego trochę im zazdroszczę. Zaobserwowałam też, że włoscy studenci uwielbiają palić. Palić to za mało powiedziane – jarają papierosy na potęgę, na głównym dziedzińcu, na ławkach, na przystankach wszyscy skręcają sobie fajki, często w dużych grupach, gdzie palą wszyscy. Może dają upust stresowi, którego na wykładach w ogóle nie widać? ;) (Na zdjęciu z reklamą redbulla widnieje rada od dobrej wróżki – Jeśli chcesz dostać dobrą ocenę, nie licz na łut szczęścia. Nie ma to jak dobry motywator na uczelnianym korytarzu, wywieszony podczas sesji ;) )

Na koniec tej części wspomnę jeszcze o wyżej wymienionym, różniącym się od naszego systemem kształcenia studentów. Tutaj tak naprawdę nie ma wyznaczonego początku roku akademickiego i stałych przedmiotów na konkretnym kierunku. Studenci muszą zdobyć określoną pulę punktów ECTS i w tym celu wybierają sobie poszczególne kursy, które ich interesują. Kursy mają różne daty rozpoczęcia i zakończenia, różny czas trwania – tutaj zajęcia odbywają się częściej, trwają dłużej – kilka razy w tygodniu po ładne kilka godzin (oczywiście tylko teoretycznie), ale wszystko po to, by kurs był mniej rozłożony w czasie i szybciej się skończył. Statystycznie taki kurs zaczyna się w październiku/listopadzie i kończy w grudniu, czy to na początku, czy przed świętami. Studenci Tor Vergaty kończą zajęcia wraz z nowym rokiem, a po nowym roku uczą się do egzaminów. Sesja egzaminacyjna na Tor Vergacie zaczyna się mniej więcej 10 stycznia i trwa do końca lutego. Długo? Już mówię dlaczego. Włosi podczas sesji mają trzy terminy egzaminu do wyboru – rozłożone w czasie tak, by mogli się przygotować do każdego z egzaminów. Nie zdadzą pierwszego terminu? Mają jeszcze drugi i trzeci. Pojdą dopiero na drugi termin? Mają tylko jeden (trzeci) na poprawkę. Pójdą na ostatni termin? Nie mają możliwości poprawy. System całkiem fajny, chociaż chyba trochę za bardzo rozłożony w czasie. Zajęcia tu trwają krócej, za to sesja ciągnie się w nieskończoność. Jest dużo czasu na naukę, ale ileż można, jak człowiek ma mniej czasu, to chyba bardziej potrafi się zorganizować (przynajmniej ja tak mam). Dla Włochów może ich system jest całkiem odpowiedni, bo na brak konieczności nauki nie mogą narzekać…

Studiowanie w Rzymie było dla mnie dość fajnym i potrzebnym doświadczeniem, było trochę pod górkę, było trochę zaskoczenia i trudności, ale nie żałuję tego doświadczenia i jeśli jeszcze raz miałabym się tego podjąć, to bez zastanowienia bym się podjęła. Może na innej uczelni, żeby skonfrontować punkty widzenia. Studiowanie mam już za sobą, teraz pojawiły się inne priorytety, takie jak praca, więc dobrowolnie na studia bym się nie wróciła, ale gdyby pojawiła się jakaś okazja, z chęcią cofnęłabym się do czasów studiów, bo dobrze wspominam ten czas.

Planuję kolejną część erasmusowych perypetii, takowa na pewno za jakiś czas się pojawi, a w niej o tym jak mieszkało mi się w Rzymie i jakie są moje wrażenia ze studenckiego życia w Wiecznym Mieście.

Tymczasem wyczekuję 1 marca i wylotu do Rzymu, by rok po wyjeździe z tego cudownego miejsca znaleźć się w nim ponownie. (Drugi poerasmusowy pobyt w Rzymie, ale pierwszy w nieco większym erasmusowym gronie).

20141003_184648

20141003_184652

20141003_184426

20141020_125142

20141201_122119

  • Niesamowita przygoda i na pewno super doświadczenie :-P

  • Żałuję teraz, że w czasach studenckich nie zdecydowałam się na Erasmusa… Ale cóż, może zbyt wiele się działo w moim codziennym życiu i chyba wtedy nawet o tym nie myślałam ;)

  • Swojego erasmusa celebrowałam w Paryżu i też bez zastanowienia powtórzyłabym tę przygodę :) miłego kolejnego pobytu w Rzymie!

  • messbyus

    Jak mój erasmusowski rok spędziłam w Hiszpanii. Cudowne czasy :) wlasnie wybieramy sie do Rzymu w marcu nie mogę się doczekać. Jeszcze nie miałam okazji zwiedzić Rzymu :)

  • extra, wlasnie planuje sie wybrac na erasmusa, tylko nie wiem gdzie, myslalem nad hiszpania bo znam jezyk, ale teraz ten rzym zaciekawil

  • U nas na UJ też mamy to całe ECTS i też są różne formy i terminy egzaminów ale wszystko trzeba e dowiedzieć od wykładowcy właśnie. Dobrze że są tacy co nie boją sie pytać